23 sierpnia, środa

Moje serce zostało wyrwane i podeptane. Poetycka metafora na ból, który człowiek czuje po stracie sprzętu, który go rozwijał i pomagał w trudnych chwilach. Fotografia jest ze mną 10 lat. A teraz znowu jej nie będzie. Przynajmniej jakiś czas.

Fotografia była moim pancerzem ochronnym. Dzięki niej poznawałam ludzi, ich historie i marzenia. Dzięki niej poznawałam miejsca, do których bałam się pójść sama. Dzięki niej zapominałam o chorobie i otwierałam się na świat.

Dzisiaj mój aparat umarł, właśnie dzisiaj kiedy przed sobą miałam tyle szans na rozwój, na doświadczenie czegoś nowego… Los sobie ze mnie zadrwił. Jak zawsze, gdy robię plany. Naprawa jest możliwa, ale mnie na nią nie stać. Zostaję z moimi analogami. I telefonem. Tyle mam, póki co.

Może dla kogoś to być śmieszne, nieistotne zdarzenie, ale dla osób chorych, każda rzecz, która sprawia, że czuje się mniej zagubiony i przerażony jest ważna. Mnie fotografia trzymała przy życiu 10 lat. Z przerwami, ale była. Teraz czuję smutek, jakbym straciła przyjaciółkę, której mogłam powierzyć życie.

Miałam wielkie plany. Chciałam tyle zrobić. Kupiłam nowy obiektyw. Chciałam zrobić serię fotografik z autoportretami. Chciałam pokazać piękno ludzi, miejsc, natury i chwil…

Teraz zostało mi czekanie, klisze i złamane serce. Głupia technologia mnie pokonała. Przynajmniej narazie. Póki walczę, jestem. I tego się trzymam.