1 września, piątek

Znowu słowa wylewają się ze mnie, znowu łączę je w na pozór bez kształtne metafory, bez znaczenia. Słowa te wydają się być przypadkowe, jakby były wypadkową słowotoku odpalanego po przekroczeniu pewnej granicy upojenia alkoholowego.

Czasem moje wiersze rodzą się za sprawą piosenki. Czasem za sprawą jakiegoś zdania przeczytanego w książce, albo usłyszanego w rozmowie słowa. Czasem za sprawą zdjęć, obrazów i filmów. Czasem wypływają same z siebie, z mojego życia i przeżywania. Z moich własnych doświadczeń i doświadczeń osób z mojego otoczenia.

Zawsze jednak są treścią, której pełne znaczenie znam tylko ja i czasem zastanawiam się, czy ta wielopoziomowość interpretacyjna jest dobra, jednak nie umiem inaczej. Wiersze rodzą się same, nie kreuję ich, to chyba najbardziej spontaniczna forma wyrażania siebie i tworzenia, jakiej kiedykolwiek się podjęłam.

Dzisiaj, nad ranem napisałam dwa wiersze, które zamieszczę poniżej. Wiersze te, zrodziły się we mnie podczas oglądania filmu na podstawie życiorysu genialnej poetki izraelskiej lat 60’tych, Yony Wallach. Film godny polecenia, naprawdę potrafiłam w jakiś sposób zrozumieć główną bohaterkę, jej motywy, a zdanie „poezja wymaga samotności” walnęło mnie mocno w twarz i zrozumiałam, skąd moja blokada twórcza w tej dziedzinie zagościła (zresztą podejrzewałam to od jakiegoś czasu).


Zapach tytoniu przebijający się przez tkanki

Mozolna praca lawendowych stawów

Kształt życia nadany przez zachód

Słońca rysującego cienie na krtani

Cierpka cisza gra w skroniach

Jakby chciała wedrzeć się w obraz

Tuż pod powiekami

Zamazac czułość

Zamrozić częstotliwość drgań

Gorejący płomień

Rozpalonych ciał

I wątła struktura przyszłości

Rodzą się w bólach

Jasności

Dotykają ust demony

Plączą słowa narzucają im inny rytm

Księżyc płonie w twoich dłoniach

W moich topi się świat

Krzycz na mnie

Zadlaw mnie bezsilnoscia

Ocuć dotykiem opuszków

Zmartwychwstań ze mną

Mój świecie krnąbrny, wątły

W brzasku nocy skąpany

Tul do snu swe dziecię

Kształtem przyozdób ciało

Truchlejącą tkankę zszyj z własnym życiem

Nie zapomnij o deszczu skroplonym na rzęsach

Ułóż od nowa wszechświat

Z dźwięków małej apokalipsy

Brakuje kartotek na zadośćuczynienie

I brakuje gestów by zakuć

Zapomnieć

Zapić

(1.09.17, piątek, 5:57)


Jesteś pyłem zrodzonym z gwiazd

Promieniem sunącym cicho Po policzku

Zanurzasz się w kącikach ust

Kroplą rosy rysując pytania i odpowiedzi

Odurzasz zapachem piżma i bzu

Jesteś pyłem zrodzonym z gwiazd

Dotykiem zabliźniasz rany

Smakiem zabijasz szron zbierający się w kącikach oczu

Godzisz się być częścią tkanki

Budującej mój wszechświat

Ratujesz wymierający gatunek

Łzy polarnej

Spadającej na martwe łono

Ziemi

Dajesz życie milczącą obecnością

(1.09.17, piątek, 6:37)

  • Bardzo poruszyły mnie te wiersze. Bardzo.

    • Dziękuję kochana, naprawdę <3